Recenzja filmowa nr 656: Wielki Marty (PLAKAT) - Reporter-24.pl
Wiadomości
wszystkie

Recenzja filmowa nr 656: Wielki Marty (PLAKAT)

Recenzja również na: mediakrytyk.pl

Nasze poprzednie recenzje alfabetycznie

 
 

Akcja kolejnego filmu, który powalczy w tym roku o Oscary i to aż w dziewięciu kategoriach, toczy się na początku lat 50-tych i opowiada historię Marty'ego Mausera, tenisisty stołowego.

Już od pierwszej sceny jasno daje nam się do zrozumienia z jakiego rodzaju bohaterem, a raczej antybohaterem mamy do czynienia. To nie jest postać do polubienia. Marty jest narcystycznym manipulatorem, nastawionym na sukces, który nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel. A owym celem jest wystąpienie na mistrzostwach w tenisie stołowym, na co potrzebne są spore fundusze.

Przez ponad dwie godziny obserwujemy jak nasz antybohater kradnie, kłamie i wykorzystuje bliskich mu ludzi. Trudno komuś takiemu kibicować. Trudno mu też współczuć, kiedy na własne życzenie pakuje się w kolejne kłopoty i podpada bardzo niebezpiecznym ludziom. Nie sposób jednak również oderwać się od ekranu, bo przy wszystkich swoich wadach, Marty to postać mocno intrygująca, a oglądanie jak próbuje wykaraskać się z tarapatów jest wciągające.

Film dopasowuje się stylem do charakteru protagonisty, który nie wie co to spokój i napędzany źle pojmowaną ambicją ciągle prze do przodu. Tempo akcji jest więc zabójcze, dynamiczny montaż i muzyka tylko jeszcze to uwypuklają. Muszę przyznać, że film jest nieprzewidywalny i zaskakuje na każdym kroku. Kiedy wydawało się, że już sobie poukładałam daną scenę w głowie, następował zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. To się oczywiście bardzo dobrze ogląda, bo nie ma czasu na nudę. Podobały mi się wszystkie kreacje aktorskie, zwłaszcza zróżnicowane i wielowymiarowe postaci kobiece. Oczywiście najjaśniej błyszczy Timothée Chalamet i wydaje się, że w kategorii najlepszy aktor wyścig jest już rozstrzygnięty na jego korzyść. Wypada tu przekonująco, także w scenach gry w tenisa.

Dobrze bawiłam się na tym filmie, jednak pod względem czysto emocjonalnym wyszłam z kina bez szwanku. Ale takie już chyba jest ryzyko przy antypatycznym bohaterze, którego ewentualna porażka lub sukces ani mnie nie zaboli, ani nie ucieszy. Po prostu przyjmę to do wiadomości. Niemniej film jest świetnie zrealizowany, wartki i ma w sobie dużo świeżości. Jeżeli Akademia Filmowa doceni starania jego twórców, będę się tylko cieszyć.

(Ala Cieślewicz)

Reż. Joshua Safdie

Ocena: 7/10